Szacun szefie.

Szacun szefie.

W niedzielę wydawało mi się, że po powrocie z Mistrzostw Polski natychmiast usiądę do komputera i wyleje z siebie wszystkie świeżutkie wrażenia i emocje. Rozsądek jednak wziął górę. Trzy następne dni pozwoliły mi ochłonąć ale przede wszystkim skonkretyzować myśli. Aby przedstawiana tu moja, podkreślam moja opinia była jasna i zorganizowana, podzielę tekst na odrębne akapity. Każdy z nich będzie dotyczył innego aspektu zjawiska potocznie nazywanego Mistrzostwami Polski.

Oddzielenie Mistrzostw Polski od zwykle rozgrywanego w tym samym czasie turnieju klasy B nie tylko sprawdziło się ale było przysłowiowym strzałem w dziesiątkę. Z pewnością wpłynęło to bezpośrednio na uciążliwość prac komisji sędziowskiej i organizatora ale uporządkowało program, który stał się jaśniejszy i przez to bardziej dostępny dla obserwatorów i uczestników. Ponadto dało szansę części par wystąpić zarówno w turnieju klasy B jak i w Mistrzostwach Polski. „Oczywistą oczywistością” jest większa atrakcyjność prezentacji klasy A, a co za tym idzie stale wysoki poziom pokazów tanecznych. Właśnie ten walor jest niezwykle istotny w okolicznościach prezentacji dokonań naszego ruchu zaproszonym decydentom, osobistościom i sponsorom turniejów. Byłoby naiwnością sądzić, że zaproszeni goście będą obserwować zmagania par klasy B z równym zainteresowaniem co konkurencję A-klasową. Konkludując, to dobry pomysł i godny dalszej realizacji.


Nowa formuła rozgrywania finałów w klasie A polegająca na wprowadzeniu dodatkowej konkurencji – wybrany taniec wykonywany na parkiecie przez pojedynczą parę – sprawdzony został na dwóch pierwszych tegorocznych konkursach. W efekcie zarówno sędziowie jak i widzowie mają okazję baczniej przyjrzeć się technice i interpretacji tańca. Tajemnicą „poliszynela” jest, że układy prezentowane w tej konkurencji zasadniczo różnią się od tych, które wykonywane są w ramach klasycznego współzawodnictwa. Nabierają charakteru subtelnej choreografii, opisującej bliskie relacje między dwojgiem ludzi. Możliwość obserwowania pojedynczej pary na parkiecie w zasadniczy sposób przewartościowuje emocje towarzyszące tańcom. Podnosi je na wyższy poziom. Rozwija umiejętności i stwarza nowe, dotychczas niedostrzegane obrazy. Brawo za inicjatywę i odwagę decyzji.


W kilku ostatnich notatkach dotknąłem problemu kostiumów. I tu pojawiły się jaskółki wznoszące swój chybki lot ponad przeciętność. Jestem pod ogromnym wrażeniem kostiumów tancerek z Malborka. Piękne kompozycje podparte odważną kolorystyką oraz niewątpliwie polskim i subtelnym krojem wprowadzają nas w nową przestrzeń estetyczną. Nadają swoim właścicielkom świeżość i dziewczęcy urok, podkreślają ich słowiańskie korzenie, czarują wdziękiem zaznaczając szlachetność sylwetki. Na zakończenie tego akapitu zostawiłem rodzynek z kategorii pierwszej. Gdy na parkiecie pojawiła się reprezentantka Wieliszewa - Ola Misztal miałem wrażenie jakby postać z baśni wkroczyła przez otwarte okno z innego wymiaru. Dziewczęca, że o bardziej nie sposób, słodka, rzekłbyś kokosowa, naturalna, urocza i dziecięca. Jednym słowem – wymarzona.


Warsztaty dla uczestników jako takie nie są przedsięwzięciem oryginalnym. Jednak te, organizowane w Wieliszewie, dość znacznie różniły się od swych poprzedników. Dotyczyły głównie interpretacji, prawidłowego wykonania kroków i figur tanecznych oraz wyjaśniały kryteria jakimi kierują się sędziowie w przebiegu swej turniejowej pracy. Opinie uczestników potwierdziły potrzebę ich organizacji a okazane zadowolenie, mimo późnej pory zakończenia zajęć, świadczyło równie tęgo o ich jakości.


Powoli ale konsekwentnie wzrasta poziom prezentacji tanecznych. Szczególnie jest to widoczne w zmaganiach kategorii trzeciej i czwartej. Można powiedzieć, że nic w tym też dziwnego, bo młodzież startująca w klasie A w tych kategoriach już od kilku lat stanowi czołówkę tej formy tanecznej w Polsce. Układy stają się pomału kamieniami szlachetnymi sztuki choreograficznej. Chwała za to instruktorom i choreografom par turniejowych. Słabością, w mojej opinii, jest nadinterpretacja stylistyczna. Rozumiem przez to brak umiaru, a co za tym idzie przerysowanie figur i pozycji tanecznych, mnogość manier ruchowych oraz czasami zauważalna tendencja do nadmiernego wygładzania lub konturowania roli mężczyzny w tańcach polskich. Niestety, nie potrafię prościej operować językiem pisanym a zrozumienie moich wynurzeń musi opierać się na emocjach i wrażeniach. Przepraszam za to i obiecuję ćwiczyć się w sztuce skutecznej komunikacji niewerbalnej.


Komisja ds. Tańców Polskich włożyła wiele pracy popartej przemyśleniami i gorącą dyskusją w „dzieło” jakim jest konkurs kar mazurowych. Do tej pory rywalizacja w tej konkurencji odbywała się sporadycznie a i poziom pozostawiał wiele do życzenia. Mimo wszystko instruktorzy angażowali się w pracę ze swoimi zespołami przełamując tremę, brak doświadczenia i czasu. Kłopoty nastręczała również niewiedza. Podjęte próby zaradzenia tej sytuacji były najlepszym co nam i naszym instruktorom mogło się zdarzyć. O pomoc poprosiliśmy największy autorytet naszego czasu w tej dziedzinie panią prof. Hannę Chojnacką. Na efekty nie trzeba było długo czekać. W tym miejscu trzeba szczerze przyznać, że w poprzednich latach mieliśmy okazje oglądać a niektórzy z nas i oceniać ciekawe i piękne kara, nigdy jednak prezentacja nie wzbudziła takiego podziwu i takich emocji jak ta, przygotowana przez krakowskich tancerzy reprezentujących Zespół Pieśni i Tańca Uniwersytetu Jagiellońskiego „Słowianki” pracujących pod batutą bardzo młodego instruktora i choreografa - Anny Gryszun. Spektakl (świadomie używam tego terminu) z jednej strony przeniósł nas do czasów i miejsca gdzie mazur był nieodłączną częścią życia towarzyskiego, z drugiej, ukazał współczesność, której zadaniem jest budowanie nowych wartości i nowej sztuki. To tak jakby starym pędzlem namalować dzisiejszy świat. Prezentujące się na parkiecie pary, poprowadziły naszą wyobraźnie przez obrazy pełne harmonii, piękna i prawdy, niespodziewanie zabrały nasz oddech i szeroko otworzyły nam oczy. A wszystko to poparte doskonałą techniką, wiedzą i talentem aktorskim. Widownia na stojąco dziękowała krakowskim artystom.
To jednak nie koniec moich mazurowych rozważań. Na uwagę zasługują pozostałe w konkursie kara. Zwracam się do instruktorów, choreografów, tancerek i tancerzy kar mazurowych!
Szanowni Państwo, mój szacunek dla Was, Waszego trudu i efektów Waszej pracy jest ogromny. Postęp jakiego dokonaliście przez ostatni rok nigdy jeszcze nie miał miejsca. Jestem szczęśliwy, że na moich oczach dzieją się tak istotne i wspaniałe zmiany. Dzięki Wam i łza radości potrafi spłynąć z męskiego oka nawykłego do emocji i wrażeń. Dziękuję instruktorom, choreografom, tancerkom, tancerzom i waszym rodzinom za wspólny znój, zrozumienie i uczestnictwo w ruchu tańców polskich. Żywię się ciągłą nadzieją, że już nic Nas nie zatrzyma.

Organizacja tak dużego, wielodniowego przedsięwzięcia zawsze jest była i będzie ogromnie trudnym zadaniem. I chociaż czas nie zawsze zgadzał się z harmonogramem sądzę, że uczestniczyliśmy w jednym z najlepiej zorganizowanych turniejów w historii naszego ruchu. Początkowo sądziłem, że w sytuacji kryzysu ekonomicznego cięcia będą niezbędne - myliłem się lub też pozostały one niezauważone. Największe jednak wrażenie zrobiła na mnie sala ośrodka kultury w Wieliszewie. Została zamieniona w salę balową. Obok parkietu jak zwykle w Wieliszewie do tańca grała orkiestra Zespołu Pieśni i Tańca Uniwersytetu Warszawskiego „Warszawianka”. Szczególną gratką, jak przypuszczam, będzie film – relacja z mistrzostw, realizowany z trzech kamer z których jedna została zainstalowana na kilkumetrowym wysięgniku. Myślę, że w tej sytuacji gratulacje za organizację złożone na ręce dyrektora Dariusza Skrzydlewskiego to za mało. Panie Darku, czapka z głowy i mówiąc językiem młodszej części społeczeństwa SZACUN SZEFIE …. SZACUN. A swoją drogą jestem ciekawy następnego wieliszewskiego konkursu. To już za rok.

Jarek Wojciechowski

Zdjęcia ze strony Urzędu Gminy Wieliszew