• Start
  • Pokochać Śląsk - to łatwe.

Pokochać Śląsk - to łatwe.

Pokochać Śląsk - to łatwe.

- Panie Prezydencie - powiedziała Aldona, - proszę stworzyć piłkarzom takie same warunki do pracy jakie tworzycie tańczącym dzieciom. Nie dawajcie im sprzętu sportowego, możliwości grania bez opłaty na odpowiednim boisku i każcie, co miesiąc, wpłacać niewielką kwotę na konto klubu sportowego. Wtedy przekonamy się, jak wielu młodych chłopców zechce grać w futbol. A tymczasem w naszych zespołach tańczy, gra i śpiewa ponad 150-cioro dzieci, które nie mogą doczekać się żadnego dofinansowania swojej działalności od miasta.

Niewielu z nas, ludzi na co dzień zajmujących się nauczaniem tańca w amatorskich zespołach, posiada wystarczająco dużo odwagi aby robić tego rodzaju uwagi swojemu Prezydentowi. Taka jest właśnie Aldona. Odważna, czasami bezkompromisowa, umiejąca łamać powszechnie panujące zwyczaje. Wesoła, tętniąca życiem, wiecznie zabiegana i na przekór wszystkiemu posiadająca czas na rzeczy nowe. Wspaniała organizatorka, prawdziwy wychowawca dzieci i młodzieży. Właścicielka wyjątkowo uroczego uśmiechu, absolutnie czarująca w swoim weselnym, śląskim kostiumie (na zdjęciu), autentyczna ślązaczka Aldona Gawron - Krupa.
Image
Jest absolwentką Uniwersytetu Śląskiego wydziału filologii polskiej, kursu instruktorskiego II stopnia tańca ludowego w Krakowie i I stopnia w Katowicach. Jest prezesem Stowarzyszenia Kultury Ziemi Raciborskiej "Źródło" a także kierownikiem i choreografem trzech zespołów: Zespołu Folklorystycznego "Raciborzanie" - 3 grupy wiekowe, zespołu Majoretek "Tęcza" - 5 grup oraz 3-ech grup tańca nowoczesnego. I to nie wszystko. Prowadzi również zespoły w Zawadzie Książęcej, w Wojnowicach i w Tworkowie. Ponadto pracuje codziennie w gimnazjum jako nauczyciel języka polskiego. Jest komisarzem Regionu Śląskiego Komisji ds. Tańców Polskich PS CIOFF.

Reasumując - jest niezwykle ciekawą wręcz intrygującą osobą. Na pytanie: kim jest będąc mieszkanką Raciborza, niewielkiego miasta leżącego zaledwie kilka kilometrów od granicy z Czechami szybko odpowiada: Polką. I zaraz dodaje, że jej babcie i dziadkowie byli obywatelami Niemiec, Polski oraz Niemiec i Czech. Na pozór śmieszne, lecz osoba znająca choć pobieżnie historię Śląska wie, że przed II wojną światową granice przebiegały tam zupełnie inaczej. I stąd ta historyczna zagadka. Aldona znajdując się w towarzystwie złożonym ze Ślązaków i nie Ślązaków gładko, jakby naturalnie, przechodzi z gwary na polski język literacki.

- Jakbym nie mówiła gwarą to by mi w domu powiedzieli że: sztudirowała i jej odbiło. Jeżeli będę miała dziecko na pewno go gwary nauczę. Z gwarą śląską jest jednak pewien problem. Ma inną składnię. Po polsku mówi się: jestem głodna, a po śląsku: Ja mom głód. Albo na wsi powiem: idę dać jeść temu psowi, a po polsku: idę dać jeść temu psu. Miałam dużo szczęścia, że mama do szóstego roku życia mówiła do nas poprawną polszczyzną, a dopiero w szkole, na przerwach, nauczyłam się mówić gwarą. Gdy zamieszkałyśmy w Krzyżanowicach i pierwszy raz wyszłyśmy z siostrą na podwórko, chłopcy powiedzieli tak: gromy se dzisiaj w skrywać, zablindowaczka jest na trzecim maszcie od cesty. Nie wiedziałyśmy co robić. Okazało się, że bawimy się w chowanego a zaklepywaczka jest na trzecim słupie telegraficznym od drogi. W tradycyjnej śląskiej rodzinie wartością nie jest wykształcenie ale tzw. ustawienie w życiu.

Ślązaczka powinna mieć chłopa po wojsku, który ma chałupę. W mojej rodzinie byłam pierwszą osobą, która ukończyła studia. Punktem honoru było właśnie ukończenie Uniwersytetu Śląskiego. Na studiach czułam się prawie jak "wsiok". Uczyłam się dobrze, nie znałam jednak nowych trendów w sztuce i nie orientowałam się w polityce. Musiało upłynąć trochę czasu żeby to nadrobić. Wydaje mi się, że moje pokolenie miało najtrudniej. Przełamywało stereotypy a jednocześnie Polska była w okresie najżywszej transformacji. Dzisiaj moje życie układa się jak w bajce. Mam dom, męża, zespoły bez których nie wyobrażam sobie życia. Nie chcę mieć żadnego stanowiska, a już nie daj Boże żeby stanąć przed dylematem: czy leni i nieudaczników, którzy mają na utrzymaniu rodziny zwolnić a zatrudnić i działać sprawnie z nowymi. A potem mijać tych zwolnionych na ulicy i zastanawiać się z czego żyją.
Uważam, że trudną rolą jest prowadzić zespół, który ma sobie płacić, żeby dla innych tańczyć, śpiewać i grać za darmo. Dzisiaj z jednej strony trzeba być surowym w takim stopniu, żeby wymagać od uczestników odpowiednio dobrej prezentacji. Żeby one czuły się z tym dobrze. Z drugiej strony trzeba być pogodnym i tolerancyjnym. Niezbędne są również umiejętności menadżera aby spoić całą działalność i mieć z kim pracować. Oni muszą pokochać taniec, występy, towarzystwo i atmosferę sceny. Wyobraźmy sobie taką sytuację: moje dzieci musiały zapłacić 16 zł. za wyjazd na przegląd do Czerwionki. Wygrały w Czerwionce, musiały zapłacić 18 zł. za wyjazd do Piekar. Wygrały w Piekarach, zapłaciły 20 złotych za wyjazd do Zabrza (zapłaciłam z tego 1600 zł. za wynajem autokaru) by odebrać główną nagrodę wysokości 300 zł. Tu nie ma zysku liczonego pieniędzmi.

Zawsze szkoda mi kierowników orkiestr dętych. Oni muszą przekonywać muzyków, że obok pieniędzy będzie obiad, kotlety, piwo a oni i tak nie są zadowoleni. Moje dzieci nie oczekują od nikogo niczego i są szczęśliwsze, kochane i po prostu wspaniałe. By wyjechać do Hiszpanii wszystkie zatrudniły się przy zbieraniu porzeczek. Wiele razy słyszałam, że nie chcą prezentu pod choinkę. Chcą, żeby mama odłożyła im na wyjazd. Żeby płacić za zajęcia niektórzy wynajmują się do różnych prac np.: pilnują mniejsze dzieci. Kombinują trochę. Miasto, niestety, nie chce się dołożyć do finansowania naszej działalności. Na organizację międzynarodowego festiwalu w Raciborzu otrzymałam od miasta 4000 zł , które musiałam zapłacić miastu za rozklejenie plakatów festiwalowych. A to jedyna międzynarodowa impreza wielodniowa w naszym mieście. Nie otrzymałam również zgody na ewentualne (z powodu złej pogody) przeniesienie festiwalu do domu kultury. Pracownicy byli zaangażowani w koncert śląskich zespołów rockowych (odbył się dopiero dzień po zakończeniu naszego festiwalu). Było wtedy zimno i wietrznie. Ani jednego dziecka nie zabrakło. Ksiądz otworzył nam kościół, żeby się można było przebierać. Nie układa się nam ta współpraca z miastem.

Mimo wszystko każdego dnia budzę się i nie mogę doczekać zajęć z zespołem. Gdybym ich nie miała, nie wiem czy potrafiłabym żyć normalnie. Lubię mój Racibórz. Ludzie mnie tu znają i pomagają. Lubię ludzi. Dzięki nim tyle rzeczy mogę zrobić. Dzisiaj tak wiele mówi się o patriotyzmie, małych i większych ojczyznach, nie czuję go jako idei. Noszę za to w sercu radość, ciepło i taki cudowny niepokój gdy słyszę i mówię o tej ziemi, jej ludziach i ich szczęściu.


Jestem stąd i to jest najpiękniejsze.

JW